Dzielę się wrażeniami z premierowego pokazu "Małej Miss" w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej z muzyką Williama Finna i librettem Jamesa Lapine w tłumaczeniu Anny Wołek w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym w Toruniu (10 lipca 2026).
Wiekowy, z zerwaną linką sprzęgła, uruchamiany na popych - żółty Volkswagen rodziny Hooverów, bohaterów musicalu "Mała Miss", rusza w długą drogę do zrozumienia, że nie trzeba być idealnym, aby być w gronie najbliższych ważnym, kochanym i wystarczającym. Na pokładzie samochodu oprócz sześciorga - nieporadnych, pogubionych i zabawnych - pasażerów, w trasie z Albuquerque do Redondo Beach w Kalifornii podróżują ich wspomnienia, niezrealizowane oczekiwania i marzenia, codzienne konflikty - "bo tak działa ten świat, zasady już znamy, a i tak wszystko trafi szlag".
Dla widzów Teatru Muzycznego w Toruniu wyprawa rodzinnym vanem to doświadczenie doskonałej przygody i zabawy (nie często zdarza się... kradzież zwłok). To spotkanie z pikantnym, a czasami czarnym humorem, ale i z melancholią. Hooverowie - postaci polskiej prapremiery musicalu - przekonują: "Jesteśmy rodziną" i jednocześnie zapraszają każdego widza do stania się jej członkiem. W kameralnej przestrzeni toruńskiego teatru tworzy się wyjątkowa wspólnota, w której "niech nam lepiej będzie lepiej, a najlepiej teraz już".
Musical "Mała Miss" opowiada o pozornie przeciętnej rodzinie. Richard, ojciec, bezskutecznie próbuje kariery mówcy motywacyjnego i traci szansę na wydanie książki. Dziadek zostaje wyrzucony z domu spokojnej starości, wujek Frank wychodzi ze szpitala po próbie samobójczej i leczy serce po bolesnym rozstaniu, a nastoletni Dwayne składa śluby milczenia, dopóki nie trafi do szkoły dla pilotów. Sheryl, mama, robi wszystko, by utrzymać rodzinę w całości. Gdy jednak najmłodsza z Hooverów - energiczna i szczera Olive - otrzymuje szansę udziału w regionalnym konkursie piękności dla dzieci, cała rodzina rusza w pełną nieoczekiwanych zdarzeń podróż przez kraj, wierząc, że to właśnie ten moment może odmienić ich los.
Agnieszka Płoszajska, reżyserka "Małej Miss" w rozmowie z Musicalowe.info powiedziała: "Sukces i porażka? Demaskujemy tu złudne idee, do których dążymy i wydaje nam się, że musimy pokonać nieprawdopodobną drogę, żeby osiągnąć coś, nie do końca nawet czasami wiedząc co. A w tym wszystkim najważniejsza jest ta droga i relacje z ludźmi po drodze. I to kogo kochamy, a z kim mamy problem do rozwiązania. (…) To jest spektakl dla każdego kto nie ma idealnej rodziny. Czyli... dla każdego (...) Rodzina działa jak maszyna. Ruina, ale warto ją mieć!".
Doskonale to widać w każdej scenie tego musicalu, a postawienie przez Płoszajską na konkretnych artystów musicalowych (nie w drodze castingu), okazało się strzałem w dziesiątkę, dając szansę aktorkom i aktorom na zbudowanie wiarygodnych postaci. Gra aktorska jest na najwyższym poziomie!
Mam wrażenie, że musical, w przeciwieństwie do filmu, otwiera dodatkowe przestrzenie, w których np. poprzez songi (w przekładzie Anny Nowak i Sebastiana Machalskiego z przygotowaniem wokalnym Pauliny Stekli) można bardziej pokazać wewnętrzne przeżycia bohaterów, nie tracąc przy tym nic z filmowego charakteru tego spektaklu.
Musical "Mała Miss" można obejrzeć nawet bez wcześniejszego poznania filmu sprzed 20 lat, dodajmy nagrodzonego Oscarem. Jednocześnie spektakl wyreżyserowany przez Płoszajską wciąga jak doskonały film pełnometrażowy - perfekcyjnie zmontowany, płynący w idealnym tempie, z doskonałym balansem zabawy i wzruszeń. Z chwilami, w których widz może zbliżyć się na tyle blisko do postaci, by zrozumieć jej przeżycia. Każda scena musicalu wygląda jak filmowy kadr.
Trudno jest jednoznacznie wskazać na najlepiej zbudowaną postać musicalu. Ciężar emocjonalny jest rozłożony po równo na każdą z postaci. Dla Katarzyny Walczak grającej Sheryl Hoover to pierwsze spotkanie z Teatrem Muzycznym w Toruniu. I przyznam, że złożona rola żony i matki, to niesamowite wyzwanie aktorskie, z którym Walczak radzi sobie doskonale. Wrażliwość tej aktorki idealnie wpisuje się w proces budowania postaci. Udowodniła to już wcześniej w musicalu "next to normal" w warszawskim Teatrze Syrena, wcielając się w postać cierpiącej z powodu choroby psychicznej Diany, również żony i matki.
Nie chcę by zabrzmiało jak frazes, ale musicalowa Sheryl Hoover już zawsze będzie mi się kojarzyć z Katarzyną Walczak, tak samo jak myślę o Toni Collette w filmowej wersji "Little Miss Sunshine". Walczak zachwyciła mnie emocjonalnym wykonaniem songu kończącego pierwszy akt "Niech nam lepiej będzie lepiej", ale i pełnymi ekspresji duetami z Maciejem Podgórzakiem (w roli męża Richarda Hoovera): "Chcę z Ciebie dumna być" (w genialnej scenie retrospekcji) czy w sekwencjach kłótni w motelu.
Richard Hoover Macieja Podgórzaka nieustannie zmaga się z sobą o to by być najlepszym ojcem - "chcesz lepsze mieć życie, swój własny raj? Pchaj!". W pracy Podgórzaka dostrzegłem wiele szczegółów, które uwiarygadniały postać Richarda oraz jego miejsce w rodzinie, co nie tylko przekładało się na wykonanie duetów, ale i na przykład na niewielkie gesty, jak choćby wymowne spojrzenie na Sheryl (w scenie przy stole). Doskonała scena pożegnania ze zmarłym ojcem, ale i poruszający song o ich relacji. W postać Richarda w toruńskim spektaklu wciela się także Paweł Mielewczyk.
Wujka Franka zagrał Sebastian Machalski przekonując mnie o uniwersalności swojego aktorskiego warsztatu musicalowego. Strach, przerażenie, niepewność, wstyd, zażenowanie to wszystko -z całą świadomością postaci - wybrzmiało w pracy Machalskiego. Genialny tercet z Wojciechem Danielem (Joshua) oraz Michałem Zacharkiem (Larry) - "Jak ja się mam"! Machalski perfekcyjnie zagrał jedne z najtrudniejszych momentów spektaklu: rozmowę z Dwaynem o samobójstwie czy odpowiedź na pytania swojej siostrzenicy Olive: "Wujku dlaczego chciałeś się zabić" czy "Czemu nikt nie powiedział mi, że wujek jest gejem". Franka w musicalu "Mała Miss" kreuje również Jeremiasz Gzyl.
Zachwycałem się postacią Dwayne'a zagraną przez Jędrzeja Czerwonogrodzkiego, milczącego przez większą część spektaklu. Song Dwayne'a to wyjątkowo rozbudowane spektrum osobowości młodego człowieka: od "więcej z życia chciałem brać" aż po "bez przegrywów jestem niewiele wart". Poznałem Czerwonogrodzkiego siedem lat temu w Śródmiejskim Teatrze Muzycznym w Warszawie, gdzie przygotowywał się do roli Javerta w "Les Miserables - School Edition". Dziś jestem pod ogromnym wrażeniem jego scenicznego rozwoju.
Wspaniała rola Marka Richtera jako Dziadka z genialnym songiem "Jestem najszczęśliwszym człowiekiem wśród was" oraz przepiękną sceną rozmowy z wnuczką o urodzie. W pokazie premierowym Olive zagrała Zofia Zacharek. To niesamowite z jaką lekkością i pewnością stworzyła postać - dojrzale postrzegającej świat - dziewczynki. Chylę nisko głowę przed tą młodą aktorką. Spektakl jest wymagający pod względem tematów, ale i używanego tu języka. Zosia perfekcyjnie odnalazła się w tej przestrzeni. Przypomnę, że spektakl jest przeznaczony dla osób dorosłych. W "Małej Miss" jako wredne dziewczynki i kandydatki na miss grają: Maria Władyko (również występująca jako Olive), Berenika Staszkiewicz i Amelia Delaure.
Odbezpieczonym granatem wrzuconym na scenę okazała się w musicalu Małgorzata Regent jako Linda (wsparcie w okresie żałoby) oraz Miss California z porywającym do zabawy songiem "Dolor". Dawka humoru serwowana przez postaci kreowane przez Regent to doskonały kontrapunkt dla dramatycznych scen musicalu. Brawo!
W "Małej Miss" zachwycałem się muzyczną stroną spektaklu! Szczególnie gdy muzyka stawała się ilustracją, ścieżką dźwiękową musicalu. Tym razem muzyka została zarejestrowana przez zespół pod kierownictwem Bartosza Staszkiewicza. Ograniczenia sceny uniemożliwiły tym razem wykonanie muzyki na żywo. Dzięki temu również udało się odtworzyć oryginalne instrumentarium tego musicalu. Choreograficznie spektakl poukładał Michał Cyran. Kostiumy przygotowała Wanda Kowalska.
Światło w spektaklu wyreżyserował Artur Wytrykus. Autor scenografii Wojciech Stefaniak kolejny raz, w przemyślany sposób wykorzystuje niewielką przestrzeń sceny, z pomocą najprostszych środków budując w naszej wyobraźni wnętrze vana.
W ruch żółtego busa wprawiły wizualizacje Mateusza Kokota, dzięki którym podróżujemy po ogromnych przestrzeniach Teksasu i Kalifornii, ale i odwiedzamy miejsca, w których zatrzymywała się rodzina Hooverów. Multimedia nie są tylko tłem, bo sporo z nich można wyczytać, choćby na chwilę skupiając na nich wzrok. Ta "lektura" stworzonej przez Mateusza Kokota pracy daje dużo satysfakcji.
Sporo tu amerykańskich symboli, od niechcenia porzuconych przy drodze, jak choćby rękawica z piłką bejsbolową. W scenie retrospekcji Sheryl i Richarda na widza spogląda... jednorożec. Kokot co chwilę bawi się z widzem i dorzuca również skojarzenia z polskimi realiami. W szpitalu z hipnotyzująco mrugającymi świetlówkami, dostrzegamy... odznakę "Dzielny pacjent". W Kalifornii (rodem z collage'u) dostrzegamy nie tylko drogowskazy do najważniejszych miast w stanie, ale również charakterystyczną zieloną tablicę wskazującą drogi do... Bydgoszczy i Torunia. Nie brakuje też charakterystycznego oznakowania Śródmiejskiej Strefy Płatnego Parkowania (co części widzów może przypomnieć o konieczności opłacenia kosztownego postoju w pobliżu teatru).
Rozbawił mnie też uliczny billboard ANNAVI z wizerunkiem... dyrektorki Teatru Muzycznego w Toruniu. Anna Wołek jest w spektaklu gps-ówką (dżipiesówką), głosem nawigacji w samochodzie Hooverów. Jej rola nie ogranicza się jedynie do wskazywania trasy. Umie też się... zbuntować, ale i potrafi wskazać przydatne punkty oraz przekazać praktyczne rady: "Przy drodze leży martwy łoś! Proszę się nie gapić!".
Jestem przekonany, że po obejrzeniu musicalu "Mała Miss" wychodząc z teatru ze świadomością, że "połączył nas van" i ze słowami piosenki "nie zatrzymuj się na drodze swej, ruszaj tam gdzie twój cel", każdy będzie miał poczucie doświadczenia musicalowej "podróży życia". Nie każdy spektakl kończy się wraz z ostatnim ukłonem. Z "Małą Miss" widz podróżuje żółtym Volkswagenem jeszcze długo po wyjściu z teartu.
Musicalowe.info poleca! Jedź z Hooverami 23, 24 i 25 października.




Komentarze
Prześlij komentarz